Rejestracja i logowanie

Wszyscy ludzie Jacka Łazowego (zdjęcia)

Sport 07-12-2017 Autor: Michał Michalak Foto: archiwum prywatne Jacka Łazowego.
0

Dzięki niemu płocka Małachowianka może się pochwalić nie tylko wybitnymi absolwentami, którzy zasilili obszary polskiej polityki, gospodarki czy kultury, ale i sportowcami - w tym wypadku siatkarzami - którzy również osiągnęli, i osiągają nadal, znaczące sukcesy w tej dyscyplinie; trener Jacek Łazowy wyszukuje ich od ponad 20 lat.

Pierwszym z grona największych talentów był przyjmujący Piotr Ostrowski. Urodzony w 1984 r. zawodnik trafił pod skrzydła Łazowego w połowie pierwszej klasy liceum, gdy na trening przyprowadzili go koledzy.

 

- To była duża indywidualność, zarówno na boisku, jak i poza nim, ale dobrze wkomponował się w naszą ekipę i niemal w pojedynkę wygrywał nam sporo meczów - wspomina Łazowy. - Wyróżniał się niebywałą skocznością, zresztą zanim się u mnie pojawił, trenował skok wzwyż.

 

 

Po zakończeniu nauki w Małachowiance Ostrowski przeniósł się na studia do Olsztyna, gdzie zaczął grać w tamtejszym AZS-ie UWM, zdobywając m.in. tytuł akademickiego mistrza Polski, i to dwukrotnie. W pierwszej drużynie, która występowała w Pluslidze, nie dane mu było zagrać, więc na początku terminował w II zespole, z którym w 2004 r. wywalczył awans do I ligi. Równolegle zainteresował się siatkówką plażową, a jego największym osiągnięciem na tym polu było zajęcie 9. miejsca w finałowym turnieju mistrzostw Polski w Niechorzu w 2007 r. (w duecie z innym Małachowiakiem Mariuszem Bogackim). Z Olsztyna płocczanin trafił do Pekpolu Ostrołęka, a stamtąd do AZS-u AGH Kraków, skąd wrócił do Ostrołęki - grał już wtedy nie tylko jako przyjmujący, ale i libero. Zakończył karierę w wieku 24 lat, a obecnie mieszka i pracuje w Płocku.

 

Kolejny w talii asów jest Mariusz Lewandowski (ur. 1989), który rozpoczął treningi pod okiem Łazowego jeszcze w gimnazjum, więc Małachowianka stała się dla niego naturalnym wyborem. Z wysokim, potężnie zbudowanym młodzianem, który dodatkowo wyróżniał się na tle innych motoryką, był jednak pewien problem.

 

- W czasie jego “obróbki”, że tak się wyrażę, ciągle nie było pewne, czy powinien on występować na przyjęciu, czy jako atakujący - kontynuuje Łazowy. - Ta zagadka ostatecznie sama się rozwikłała, a to za sprawą sparingu, jaki moi podopieczni mieli rozegrać z kadrą Mazowsza, w której występował wtedy m.in. Karol Kłos. Prowadził ją mój dobry przyjaciel Wojciech Szczucki - obecnie prezes i trener Metra Warszawa - z którym często konsultuję, jak rozwijać talent danego siatkarza. Ostatecznie Mariusz wystąpił przeciwko najzdolniejszym zawodnikom z naszego województwa po przekątnej z rozgrywającym i był najlepszy na boisku, dzięki czemu odnieśliśmy niespodziewane, acz zasłużone zwycięstwo. Co prawda następnego dnia przegraliśmy gładko 0:3, przy okazji odwołując dyskotekę dla chłopaków (śmiech), ale Mariusz i tak został odkryciem tamtego spotkania, można nawet powiedzieć, że “narodził się” jako siatkarz.

 

 

Lewandowski już wtedy wpadł w oko Szczuckiemu, który postanowił ściągnąć go do Metra, znanej w całej Polsce kuźni talentów, gdzie oprócz Kłosa debiutowali m.in. Andrzej Wrona i Piotr Nowakowski. Po przeprowadzce do Warszawy szybko zwrócił na niego uwagę świętej pamięci Krzysztof Kowalczyk, który wówczas prowadził plusligową Politechnikę Warszawską. W podpisaniu kontraktu z “Inżynierami” przeszkodziła nagła choroba szkoleniowca, a gdy Lewandowski wrócił na chwilę do Płocka, by pomóc rodzicom, odniósł poważną kontuzję, która definitywnie zamknęła mu drzwi do większej kariery - jego największymi sukcesami pozostały: 4. miejsce mistrzostw Polski juniorów wywalczone razem z Metrem, a także występy w II-ligowych zespołach, jak Legia Warszawa i Wilga Garwolin.

 

- Szkoda, bo był to chłopak o ogromnym potencjale, który potrafił przełamać każdy blok. Na pewno wymagał jeszcze dużo pracy indywidualnej, głównie nad techniką, ale myślę, że gdyby nie uraz, mógł osiągnąć o wiele więcej - dodaje Łazowy.

 

 

Kolejny wychowanek płockiego łowcy talentów to Igor Kopeć. 26-latek to w przeciwieństwie do poprzedników ciągle aktywny siatkarz plażowy, który regularnie, także w tym roku, bierze udział w zawodach rangi mistrzostw Polski.

 

- Igora wypatrzyłem na zajęciach WF-u w I klasie liceum - wspomina Łazowy. - Namawiałem go na siatkówkę razem z jego ojcem, notabene bardzo dobrym tenisistą, który był znany z tego, że nie odpuszczał żadnej piłki, a jak się za chwilę miało okazać, podobne zasady wpoił swojemu synowi. Poza boiskiem cichy, skromny, trochę nieobecny, ale kiedy zaczynaliśmy grać, to czasami trzeba go było hamować. Był liderem zespołu i zawsze dawał z siebie 100 procent, a kiedy tylko nadarzała się okazja, to nie patyczkował się i efektownie kończył wszystkie ataki, “wbijając gwoździe” w pole przeciwnika - ewidentnie sprawiało mu to przyjemność. Podobnie jak w przypadku pozostałych chłopaków wykonałem szybki telefon do Wojciecha Szczuckiego i za chwilę Igor był już w drodze na obóz Metra Warszawa.

 

 

Z Kopciem związana jest także pewna siatkarska, a jakżeby inaczej, anegdota.

 

- W ubiegłym roku wybrałem się na urlop do Trójmiasta - kontynuuje Łazowy. - Któregoś dnia poszedłem na spacer na plażę i mimo że zachodziło już słońce, to zauważyłem z oddali grupę chłopaków grających w “plażówkę”, a gdy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że jednym z nich jest właśnie Igor - jego miłość do siatkówki jest szalona.

 

 

Trudno powiedzieć, jak potoczyłaby się kariera Małachowiaka, gdyby nie poważna kontuzja barku, która zahamowała jego rozwój. Najgorsze już jednak poza nim, dzięki czemu w tym roku kibice siatkówki plażowej mogli go m.in. obserwować na turnieju eliminacyjnym mistrzostw Polski Beach Volleyball Płock, gdzie występował w turnieju głównym razem z Jakubem Sulimą.

 

- O trenerze Łazowym dowiedziałem się, gdy byłem jeszcze gimnazjalistą, bo koledzy powiedzieli mi, że jeśli chcę robić postępy jako siatkarz, to tylko w Małachowiance - wspomina Kopeć. - Co prawda zaczęło się od gry w hali, ale pod koniec liceum przerzuciłem się na występy na plaży. Kontuzję barku odniosłem niedługo po przeprowadzce do Warszawy, ale zdążyłem jeszcze zsmakować gry w Metrze. Po ukończeniu studiów licencjackich przeniosłem się na studia uzupełniające do Gdańska i, owszem, miało dla mnie znaczenie to, że nad morzem było dużo łatwiej o znalezienie dobrych boisk do trenowania. “Halówki” nie porzuciłem jednak tak zupełnie, bo przez pewien czas występowałem w Stoczniowcu Gdańsk, który rywalizował w II i III lidze.

 

 

3 lata młodszy od Kopcia jest Adrian Chyliński. Łazowy wypatrzył go, jak początkujący wówczas siatkarz był jeszcze uczniem gimnazjum.

 

- Po pierwszych treningach widać było, że czuje jeszcze respekt przed starszymi kolegami, czego nie można natomiast powiedzieć, gdy schodziliśmy z boiska, bo wtedy to już sypał żartami jak z rękawa - wspomina nauczyciel z Małachowianki. - Niestety szybko okazało się, że warunki fizycznie uniemożliwiają zrobienie mu takiej kariery, o jakiej zawsze marzył, ale on koniecznie chciał zostać przy siatkówce, dlatego poszedł w “trenerkę”. W czasie zajęć pytał się dosłownie o wszystko, a później długo to analizował. Na pierwsze Światowe Igrzyska Młodzieży Salezjańskiej pojechał jeszcze jako zawodnik, ale w kolejnych towarzyszył mi już jako II trener; myślę, że stanowiliśmy dobry duet, bo ja skupiałem się na grze moich podopiecznych, a Adrian obserwował rywali i dzielił się ze mną swoimi spostrzeżeniami.

 

 

Po zakończeniu nauki w Małachowiance Chyliński poszedł na studia na warszawski AWF, ale nie zrezygnował ze współpracy ze swoim wychowawcą.

 

- Nadal towarzyszył mi na wielu turniejach, a dzięki swojej otwartości, umiejętności nawiązywania kontaktów wypadki potoczyły się bardzo szybko - dodaje Łazowy. - Jak to już tradycyjnie u moich Małachowiaków bywa, Adrian najpierw trafił pod skrzydła Wojciecha Szczuckiego, któremu pomagał w Metrze, a następnie dostał praktyki w Skrze Bełchatów. W 2015 r. trafił na staż do reprezentacji Słowacji mężczyzn, którą natenczas prowadził jeden z najlepszych włoskich szkoleniowców Alberto Giuliani; z tego, co wiem, był tak zadowolony ze współpracy z Adrianem, że chciał, by ten odwiedził go jeszcze we Włoszech.

 

 

Obecnie Chyliński jest statystykiem występującej w ekstraklasie kobiet Legionovii Legionowo.

 

Ostatni zawodnik z superlisty Łazowego może się pochwalić nie tylko sukcesami klubowymi, ale i reprezentacyjnymi - do jego sukcesów na tym polu należy udział w MŚ juniorów w 2015 r. w Meksyku i w MŚ do lat 23 w Egipcie w sierpniu obecnego roku.

 

- Jak po raz pierwszy zobaczyłem tę dziecięcą, pyzatą twarz, to trudno było mi uwierzyć, że to w przyszłości może być “pan siatkarz” - wspomina ze śmiechem Łazowy swój pierwszy kontakt z Pawłem Halabą, jak do tej pory chyba najbardziej znanym zawodnikiem, który wyszedł “spod jego ręki”. - Pasował jednak do opisu Wojtka Szczuckiego, na podstawie którego robiłem wstępną selekcję, czyli: wysoki, szczupły, długie ręce, długie nogi - tzw. pająk (śmiech). Po pierwszym treningu z drużyną wiedziałem jednak, że to taka siatkarska perełka, więc było pewne, że długo u nas nie zabawi. Już w pierwszej klasie liceum Paweł nie miał sobie równych, więc żeby mógł się dalej rozwijać, musiał rywalizować z lepszymi, a przynajmniej takimi o podobnych umiejętnościach.

 

 

Nie było innego wyjścia - Halaba już jako licealista trafił do Metra Warszawa, gdzie robił coraz większe postępy, który nie przeszły niezauważone przez trenerów innych klubów. W 2014 r. podpisał długoletni kontrakt z Asseco Resovią Rzeszów, z której w kolejnych sezonach był wypożyczany do I-ligowego AZS-u AGH Kraków (2014-2015) i plusligowej Politechniki Warszawskiej (2015-2017). Przed obecnym sezonem postanowił zmienić barwy klubowe i przeniósł się do mistrza Czech Dynama Czeskie Budziejowice, gdzie w wieku 22 lat jest podstawowym zawodnikiem.

 

- Współpraca z trenerem Łazowym od początku układała się dobrze - mówi Halaba. - Nie trafiłbym jednak pod jego opiekę, gdyby nie Adrian Chyliński, który był moim kolegą - to on pierwszy stwierdził, że mam jakiś potencjał i zapytał trenera, czy mogę chodzić na prowadzone przez niego zajęcia. Łazowy od początku mnie wspierał mnie i dawał mi wiele rad, dzięki czemu mój poziom sportowy szybko się podniósł; jako swoje liceum wybrałem oczywiście Małachowiankę. Mieliśmy świetną drużynę, z którą zdobyłem 1. miejsce w “Licealiadzie”, w czym największa zasługa naszego szkoleniowca. To on dał mi "kopa" i wysłał na testy do Metra Warszawa - to dzięki niemu jestem tu, gdzie jestem.

 

 

Jak dodaje Łazowy, wszystkich jego podopiecznych łączy kilka rzeczy.

 

- Przede wszystkim byli to ludzie otwarci, mający duże poczucie humoru, powiedziałbym nawet: z charyzmą. Halaby czy Chylińskiego po prostu nie można było nie lubić, bo gdziekolwiek się pojawiali, natychmiast otaczał ich wianuszek ludzi - na ogół dziewczyn (śmiech). Bardziej wycofany był z kolei Kopeć, ale i to zmieniało się, gdy wchodził na boisko, bo to był jego prawdziwy żywioł. Co więcej, wszyscy byli bardzo dobrymi uczniami, nie sprawiali żadnych problemów wychowawczych, dzięki czemu mieli wybór: sport albo nauka. Oni nie musieli grać w siatkówkę - oni po prostu bardzo chcieli - i dlatego np. Ostrowski czy Lewandowski mają prace, gdzie również osiągają sukcesy, a Paweł i Adrian realizują się na parkiecie. Cieszę się, że po tylu latach nadal mam ze wszystkimi kontakt, a z Piotrkiem to jesteśmy praktycznie sąsiadami (śmiech). Wszyscy regularnie pojawiają się także na wigilii siatkarskiej w Małachowiance (w tym roku odbędzie się po raz 17. - przyp. red.), więc jest okazja, by sobie trochę powspominać.

 

 

Co trzeba zrobić, by wyłapać siatkarski talent?

 

- Dobre pytanie, ale nie znam na nie odpowiedzi - kontynuuje Łazowy. - Myślę, że prowadzi do tego głównie doświadczenie, bo obejrzeniu wielu tysięcy zawodników podchodzę do jednego i mówię: masz w sobie to coś, czego niestety nie mogę już powiedzieć wielu pozostałym, chociaż bardzo bym chciał.

komentarze (0)
Dodaj komentarz

Nie dodano jeszcze komentarzy do tego artykułu

dodaj komentarz
Czytaj także
<-- -->